niedziela, 9 lutego 2014

chapter 9.

Czasem gesty mogą być lepszą formą rozmowy niż słowa. Pojawiasz się w pewnym miejscu, choć wiesz, że powinieneś być teraz w innym. Jesteś pewny, że to tylko czysty przypadek choć przez Twoją głowę wędrują sekundowe myśli, że to może jednak przeznaczenie. Mimo wszystko, najpiękniejsze relacje w naszym życiu to te, których nikt się nie spodziewał.
Przyglądam się jej twarzy. Oczy błyszczą jak dwa ciemne bursztynki. Wiem, że ma ochotę mnie zabić ale mimo wszystko, łapie mnie za rękę i prowadzi w stronę światła.
- Harry, jesteś kompletnie pijany. - odtrąca moją rękę na co odsuwam się lekko chwiejnym wzrokiem. Łapię ją znowu by pomóc sobie złapać równowagę.
- No ... - potwierdziłem. Effie westchnęła i potrząsnęła głową.
- Gdzie masz samochód ?
- Tam... - uniosłem rękę by wskazać gdzie zaparkowałem. Jęknąłem cicho gdy poczułem przeszywający ból w okolicach żeber. Effie stanowczo ciągnęła mnie za rękę we wskazanym kierunku, nie zwracając uwagi na moje pojękiwania. Chciała, żebym potraktował to jak nauczkę. Lekko zmrużyłem oczy, przyzwyczajając je do latarnianego światła. Rozejrzałem się na boki, upewniając się czy nikt nie zobaczy mnie w takim stanie. Miałem już wystarczająco dużo rozgłosu, zdecydowanie nie potrzebowałem więcej tym bardziej jeśli chodzi o rzeczy, o których wiem tylko ja.
Effie szarpnęła mną lekko sprawiając, że chwiejnym krokiem poleciałem na samochód.


***
Odchyliłam delikatnie jego podbródek, żeby dokładniej przyjrzeć się skaleczeniom. Jego dolna warga spuchła w prawym rogu i była lekko rozcięta. Krew z nosa rozsmarowana na policzku, zdążyła już zaschnąć. Z małej rysy nad brwią sączyła się cienka stróżka krwi. Patrzył na mnie takim wzrokiem, jakim nie patrzył jeszcze nikt. Zielone tęczówki ściemniały kiedy kciukiem przejechałam po zakrwawionych i spierzchniętych ustach. Moja ręka zjechała po brodzie, szyi i torsie chłopaka, zatrzymując się na brzuchu.
Nacisnęłam lekko w okolice żeber. Harry zasyczał.
- Boli ?
- Nie. - lekki grymas na twarzy rozluźnił się w uśmiechu.
- Daj kluczyki. - wyciągnęłam rękę w jego kierunku.
- Poprowadzę. - usłyszałam jego bełkot. Widziałam jak sięga na tył swoich spodni po czym jego długie palce wślizgują się do kieszeni by wyciągnąć kluczyki.
- Jak chcesz to zrobić skoro jesteś pijany? Ja poprowadzę.
- Nie ma mowy. - Zaśmiał się głęboko, kiedy próbowałam wyrwać kluczyki z jego uścisku, ale podniósł rękę wyżej. Myślał, że to jakaś głupia zabawa. W końcu mi się udało, chwyciłam je i szybko schowałam do mojej kieszeni. Szłam w stronę kierownicy.
- Ty w ogóle masz prawo jazdy ? - zapytał wielce zdziwiony.
- Mam. Ale nie prowadziłam odkąd moi rodzice ... no wiesz. - Harry stał lekko zaskoczony. Wiedziałam, że nadal nie może przyzwyczaić się do tego, że jestem sierotą. Ciągle nie wiedział jak ma się zachować, co mi powiedzieć, czy powinien mi współczuć. Już się przyzwyczaiłam do tego dziwnego zachowania ludzi, którzy o tym wiedzą. Nie codziennie spotyka się sieroty. - Zamierzasz wsiąść ?
Harry potrząsnął lekko głową jakby ocknął się z jakiegoś amoku. Usłyszałam kilka jęknięć z jego ust przy wsiadaniu. Bolało go.
Westchnęłam cicho, zapięłam pasy i ręką próbowałam wyszukać jakiejś wajchy do przysunięcia sobie fotela, bo to było oczywiste że nie dosięgnę do pedałów gazu ani tych pozostałych.
- Z prawej. - poinstruował mnie, zapinając pas. Przysunęłam się i odpaliłam silnik. Zacisnęłam ręce mocno na kierownicy, przygryzając wargę. - Jesteś pewna ? - spojrzałam na Styles'a który patrzył na mnie z łagodnym wyrazem twarzy. Pokiwałam głową potwierdzając moje plany.
Nie mogłam się teraz wycofać. Wiedziałam, że zrozumiałby że się boję, ale nie mogłam pozwolić, żeby znów coś mu się stało przez jakieś jego nieodpowiedzialne zachowanie. Generalnie powinnam mieć to w dupie, ale gdyby Harry ucierpiał przez to, że mam jakąś chorą fobię, oberwałabym potrójnie od swoich własnych myśli a wyrzuty sumienia zżarłyby mnie ze smakiem.
Odpaliłam silnik. Ten jego Range Rover był naprawdę cichy, no ale czego mogłam się spodziewać po takim samochodzie. Nowoczesny, bezpieczny, duży, drogi. Nigdy nie prowadziłam czegoś tak kosztownego więc gdybym cokolwiek w nim zepsuła, nie wypracowałabym się do końca życia.
Nacisnęłam sprzęgło, wrzuciłam "jedynkę" i puszczając pedał, auto szarpnęło po czym zgasło.
- Dodaj lekko gazu. - powiedział podirytowany całą sytuacją Harry.
- Wiem. - przetarłam o spodnie spocone już dłonie.
Ponowiłam moje ruchy z odpaleniem silnika. Sprzęgło, jedynka, trochę gazu.
- Jak puszczasz sprzęgło, to dodaj gazu.
- Wiem. - wysyczałam niemal, zaciskając zęby.
- Delikatnie, powoli - Harry mówił powolnym, spokojnym głosem. Zacisnęłam mocniej szczękę i podenerwowana wcisnęłam pedał gazu. Całkowicie straciłam synchronizację nogi z mózgiem, dzięki czemu samochód zgasł.
- zamknij - krzyknęłam - się... - dokończyłam spokojniej.
Harry szerzej otworzył oczy. Chyba właśnie układał sobie w głowie, że lepiej będzie jak jednak się zamknie. Choć tu chodziło o jego samochód,  kolejny skarb, zaraz po penisie. Typowy facet.
Kiedy znów udało mi się odpalić silnik i ruszyć bez większych problemów, usłyszałam swobodne i głośne westchnięcie chłopaka. Wcale nie ukrywał, że odetchnął z ulgą.
Powietrze w aucie zaczęło się ocieplać, co niekoniecznie dobrze wpływało na obecny stan chłopaka. Zawartość alkoholu we krwi zaczęło dawać o sobie znaki, czemu Harry wcale nie protestował. Podgłosił sobie muzykę z radia i zaczął śpiewać, wymachując przy tym rękami i machinalnie poprawiając grzywkę kiedy ta opadła na czoło przez machanie łbem. Śpiewem tego nazwać nie można, bo wycie połączone z naśladowaniem, to nie śpiew. Jechałam w spokoju, uważnie patrząc na drogę. W międzyczasie wycierałam wnętrze dłoni o spodnie, bo zaciśnięte mocno na kierownicy zwyczajnie się pociły.
Zaparkowałam na wjeździe przed garażem, wcześniej otwierając bramę pilotem. Boże, na co to wszystko? Podjeżdżasz pod dom, parkujesz samochód, potem wsiadasz i odjeżdżasz a z tym było więcej pierdzielenia niż to warte. Piloty, bramy, kody, piny...
Wysiadłam z samochodu i poszłam otworzyć drzwi Harry'emu, bo biedaczek uciął sobie drzemkę. Ręce miał zwinięte na klatce piersiowej, głowa opierała się o szybę a z cudownie rozchylonych ust wydobywała się obrzydliwa woń śmierdzącego alkoholu okraszona suchością w gardle. Fuj.
Otwierając drzwi głowa Harry'ego lekko opadła dzięki czemu nietrzeźwy się ocknął, by za sekundę znów przymknąć oczy kiedy moja klatka piersiowa zaasekurowała jego upadek.
- Harry! Jesteśmy na miejscu...
- Co? G..Gdzie?
- Pomóż mi, nie dam rady Cię stąd wyciągnąć.
- Tsaa, noo .. już idę. Cicho. - szarpnęłam go za rękę ku wyjściu kiedy palcem wskazującym próbował zatkać mi usta. W końcu udało mi się go ogarnąć i wyciągnąć z auta. Droga do drzwi, mimo kilkunastu metrów, ciągnęła się w nieskończoność kiedy pod Panem Styles'em uginały się kolana i wieszał cały ciężar na moich barkach. Próbował na siłę udowodnić, że da radę iść o własnych siłach ale to kończyło się kolejnym uwieszeniem się na mnie. Wzdychałam tylko i przewracałam oczami. Co za człowiek.


- siadaj. - powiedziałam stanowczym głosem, zrzucając rękę Harry'ego ze swojego barku. Pchnęłam go na kanapę w salonie. Opadł na nią bez sił. - masz jakąś apteczkę ? - zapytałam. Harry tylko podniósł rękę pokazując mi małą szafeczkę w rogu kuchni, natomiast palce u drugiej dłoni wplótł w swoją grzywkę robiąc na niej 3 nierówne przedziałki. Ruszyłam szybko w stronę szafeczki, znalazłam odpowiednie rzeczy i wróciłam z powrotem. Chłopak leżał na oparciu kanapy, z nogami na stoliku i tępo wlepiał się w sufit. Nieświadomie podniosłam głowę z ciekawości co on tam wypatruje. - mam apteczkę. Chodź, opatrzę Ci to. - powiedziałam, przechodząc nad jego kolanami tak, że teraz stałam okrakiem między nogami bruneta. Harry tylko zerknął w moim kierunku nie wydając z siebie żadnej innej reakcji. - wstań, powiedziałam. - trąciłam lekko kolanem wewnętrzną część jego uda. Wzdrygnął się i szybko podniósł do pionu. Klęknęłam przy nim i do rany na brwi przyłożyłam wcześniej nasączoną wodą utlenioną gazę. Usłyszałam tylko lekkie syknięcie.

***
- Dlaczego ? - wyrwało się nagle z moich ust.
- Co, dlaczego, Harry ? -  odpowiedziała, delikatnie czyszcząc zakrwawione i rozcięte miejsce nad moją brwią nieśmiało zerkając w moje oczy.
- Dlaczego to robisz ? Pomagasz mi, bronisz mnie, jesteś dla mnie taka kochana .... a ja dla Ciebie taki ... - oho, chyba alkohol reaguje teraz na obszar w moim mózgu odpowiedzialny za prawdę, albo odwagę.
- Martwię się o siebie. Wiesz co zrobiłyby mi Twoje fanki wiedząc, że nie opatrzyłam Ci rany ? - uśmiechnęła się cwaniacko pod nosem - Jak ja nie zadbam o Twój sławny tyłek, to Ty na pewno sam tego nie zrobisz. - przycisnęła mokry wacik mocno, na co odpowiedziałem jęknięciem.
- Przepraszam za dziś. - spojrzałem na jej twarz, nasze wzroki spotkały się a ja nieświadomie spuściłem głowę. Uwielbiałem prowadzić wojnę na spojrzenia, z każdym. Wygrywałem, wiedziałem że mam przenikający wzrok, ale teraz to po prostu nie miałem szans z nią wygrać. Absolutnie niesamowity wzrok, który przenikał moje wszystkie myśli, a w tych kawowych tęczówkach byłem w stanie zatracić się bez pamięci.
- będzie szczypać. - wcale się ze mną nie patyczkowała. Mocno docisnęła plaster, wygładzając jego powierzchnię palcem. - idź weź prysznic. - podpierając się na moich kolanach wstała i łapiąc za apteczkę i zakrwawioną gazę kierowała się do kuchni. Tysiące myśli, miliony uczuć i miliardy uderzeń serca. Dotknąć, przycisnąć, pocałować, mieć tylko dla siebie.
- Effie ... - lekko musnąłem jej dłoń. Spojrzała na mnie i wszystko to, co chciałem zrobić, powiedzieć uległo całkowitemu zniszczeniu. Jej wzrok spowodował, że cały, moim zdaniem, idealny plan wydał się banalnie głupi.
- Tak, Harry?
Zapowietrzyłem się. Patrzyłem na nią jak na ósmy cud świata. Mój cud.
- Yyyyyeeeeyyy... nic. - Uciekłem wzrokiem. Miałem nadzieję, że sobie pójdzie i nie zacznie drążyć tematu.
- Harry... - nie odpuściła. Podeszła, uniosła mój podbródek i nachyliła nade mną głowę. - Jeśli jest coś co chciałbyś mi powiedzieć ... - pochyliła się jeszcze niżej, tak, że spokojnie mógłbym sięgnąć jej ust - to śmiało, Styles. - lekko podniosła kącik ust do góry i wyszła. Opadłem bezwładnie przecierając twarz dłońmi. Ogarnij się Styles, Ty ckliwy chuju.

Wróciłem spod prysznica, Effie ogarniała coś w kuchni.
-Effie, nie sprzątaj! - Krzyknąłem. - Łazienka jest wolna, idź. - pokiwała lekko głową, wkładając kosmyk włosów za ucho. Ominęła mnie zwinnie i zniknęła za drzwiami łazienki. Po chwili usłyszałem szum wody.
Poszedłem do sypialni. Stanąłem przy łóżku i chwytając za kołdrę, zobaczyłem jak z wewnątrz jej fal wypadło opakowanie od prezerwatywy. Momentalnie przypomniała mi się sytuacja z rana, kiedy to tak cholernie źle potraktowałem Effie. Nienawidziłem siebie za to zachowanie, jak mogłem ?! Ona jest dla mnie taka dobra, obroniła mnie własnym ciałem nie patrząc na konsekwencję. Zaczynałem czuć do niej coś więcej...
To pierwsza dziewczyna, na której mi naprawdę zależy, będzie spała w tym łóżku od czasów tych wszystkich lasek. Czułem się tak cholernie zmieszany, jak nigdy dotąd. To jakiś koszmar. Przecież to tylko dziewczyna, kilkadziesiąt nic nie znaczących kilogramów, trochę włosów, dwie ręce, dwie nogi, dwa cycki. Spotykasz wiele takich na swojej drodze. Próbowałem tłumaczyć sobie to wszystko w sposób w jaki zawsze tłumaczyłem. Rzadko zdarzało się, że jakaś tu nocowała, z reguły robiliśmy co mieliśmy zrobić, ubierała i wychodziła. A teraz? Teraz taka jedna będzie tu spała i to bez żadnych poprzedzających to wydarzeń.
Schowałem puste opakowanie do tylnej kieszeni spodni, które wciągnąłem szybko na siebie by nie wprawić Effie w zakłopotanie, choć przyznaję, że chodzenie nago było jedną z ulubionych czynności w moim domu. Rzuciłem się w fale kołdry, zakładając ręce za głową. Pilotem odpaliłem odtwarzacz muzyki, by z głośników wydobywało się cokolwiek oprócz tej cholernej ciszy. Swoją drogą, mam całkiem fajny sufit.
- pożyczyłam sobie szlafrok - usłyszałem cienki głos Effie. Uśmiechnąłem się promiennie i skierowałem wzrok na nią.
- Do twarzy Ci w moich rzeczach.
- To tylko szlafrok.
- Ale mój. - mój uśmiech się poszerzył, odpowiedziała tym samym bawiąc się niewinnie sznurkiem owiniętym wokół jej talii. Podziwiałem ją nawet kiedy miała na sobie mój szlafrok, w którym wyglądała jak worku. Rękawy zwisały swobodnie dość daleko od jej dłoni, a sam szlafrok kończył jej się za kolanami. Istny nieład. Do tego te mokre, roztrzepane włosy . Idealny nieład.
- Dasz mi coś do spania ? - zapytała tak, jakby bała się mojej odpowiedzi. Jakby myślała, że zawiedzie mnie tym, że chce w czymś spać, jakby bała się, że mam inne oczekiwania od niej.
- Pewnie. Chcesz tylko koszulkę ? - zerwałem się szybko z łóżka podchodząc do pierwszej lepszej szafki. - sądząc po tym jak wyglądasz w szlafroku, koszulka w zupełności Ci wystarczy - wyjąłem kawałek materiału i podchodząc do niej wręczyłem jej dzisiejszą piżamę. Byłem wyższy i to co najmniej 15cm, więc spokojnie mógłbym ucałować ją w czoło. Pochyliłem lekko głowę i zaciągnąłem się powietrzem - Czy Ty .. Czy Ty używałaś mojego żelu pod prysznic ?
- A miałam inne wyjście? Jeszcze skarpetki.
- Skarpetki ? Śpisz w skarpetkach?!
- Tak, a Ty nie ? - spytała głupio jakby to, że ludzie śpią w skarpetkach jest tak oczywiste jak to, że do mycia potrzebna jest woda.
- Nie mam rozmiaru 37,5 ... - warknąłem grzebiąc po szufladach.
- 58 też może być - zaśmiała się cicho.
- Bardzo śmieszne, wieżo Eifflo - rzuciłem w nią kłębkiem zwiniętych skarpet i wróciłem do poprzedniej czynności - leżenia. Bolały mnie żebra, w miejscu gdzie zauważyłem dwa niemałe siniaki. Jeszcze dopadnę tego gnoja, nie pozwolę sobie płacić za winy ojca. W tym momencie szczerze go znienawidziłem.


- O czym myślisz ? - powiedziała, żwawo wskakując na łóżko. Zmierzyłem ją od góry do dołu. Była piękna.
- O tym jak debilnie wyglądasz w tych skarpetach.
- Trzeba było nie mieć takich wielkich stóp - poprawiając poduszkę ułożyła się wygodnie przyciągając kołdrę pod nos.
- Wiesz... przynajmniej nie mam na imię wieża. - Zgasiłem małą nocną lampeczkę i odwróciłem się plecami. Mój organizm wypełniało stado jakichś cholernie natrętnych dziwactw. Cieszyłem się, że mam ją przy sobie. Cieszyłem się.
Ona będzie jedyna.
I tylko moja.




~*~ 

Witajcie kochani ! Zabijcie mnie ! Kompletnie nie miałam czasu na pisanie tego ff. Wydarzyło się kilka takich nieprzyjemnych sytuacji, że po prostu nie miałam siły na życie a co mowa na pisanie historii, w której cholernie zazdroszczę głównej bohaterce. Mam nadzieję, że fani tego ff nadal ze mną będą, mimo wszystko.
Postaram się teraz pisać coś częściej.
Przepraszam ! Wybaczycie ?
- k. x