poczujecie się jak ja, kiedy pisałam ten rozdział (;
Harry's POV
W pewnym momencie możesz spotkać kogoś, kto będzie dla Ciebie doskonały, w najmniejszych molekułach zaprojektowany by być Twoim największym skarbem i źródłem radości. Ta osoba może albo całkowicie Cię uszczęśliwić, albo totalnie zmiażdżyć. Uszczęśliwić będąc najbliżej, najcieplej i najmocniej, splatać oddechy i palce, poranki i zmierzchy, tętno i ślinę. To scenariusz dla szczęśliwców.
Poszedłbym za nią na koniec świata. Te piwne oczy, te cienkie, jasnobrązowe włosy, ten zniewalający uśmiech, ten gest brwią, kilka piegów, a nawet ten pryszcz w okolicach skroni doprowadzały mnie do czystego szaleństwa. Nie była doskonała a mimo tego nie ukrywała swoich wad. Zauważałem w niej rzeczy, których nie dostrzegałem w innych dziewczynach. Lubiłem to, że miała odpowiedź na każde moje słowo. Była bezczelna, ale tak cholernie seksownie bezczelna, że rozpuściłaby serce z najtwardszego lodu. Właśnie takie posiadałem i miałem tego świadomość.
Doceniałem to, że nie miała kisielu w gaciach na mój widok i na dźwięk mojego nazwiska, traktowała mnie jak normalnego chłopaka, jak nastolatka. Zacząłem coraz bardziej doceniać normalność i uczucia z tym związane. Po części ją rozumiałem, też nie miałem rodziców. Oczywiście mogłem do nich zadzwonić o każdej porze dnia i nocy, ale to nie to samo. Ojciec nie uczył mnie jak grać w nogę a mama nie wybierała mi dziewczyn. Żyłem swoim życiem, żyłem życiem swoich marzeń, żyłem życiem One Direction.
- Harry ? - jej głos wyrwał mnie z amoku w jakim teraz byłem. dopiero zdałem sobie sprawę, że cały czas jej się przyglądam. ale KLAPA. nie mogę jej pokazać, że cholernie mi się podoba i najchętniej przykleiłbym ją do siebie jakimś bardzo mocnym klejem, tak żeby nigdy mi nie uciekła. tak bym nigdy jej nie stracił.
Speszyłem się. nie wiem nawet czy przypadkiem nie spaliłem buraka.
- hmm ? - odparłem i machinalnie poprawiłem grzywkę żeby, w razie czego, nie zobaczyła tych buraczanych rumieńców.
- odwieziesz mnie do domu ? to znaczy, hmmm, najpierw do agencji. muszę oddać tą umowę.
- jasne, oczywiście. tak, już jedziemy. - wyjąłem portfel by zapłacić za ciastka. Effie wstała i powędrowała w stronę wieszaków, gdzie wcześniej odwiesiłem jej kurtkę. nie zerknęła na portfel, nie czekała, aż go otworzę i zobaczy ile tam jest. a było dużo, naprawdę dużo. nie lubiłem płacić kartą. te piny, te klikanie... to nie dla mnie. wolałem tradycyjny sposób płatności..
Wychodząc machnąłem tylko ręką do Eleny, kelnerki, która właśnie uniosła kciuk ku górze wskazując głową na Effie. uśmiechnąłem się sam do siebie, bo przychodziłem to z wieloma dziewczynami a Elena nigdy nie zrobiła czegoś takiego. i faktycznie, tamte nie lubiły szarlotki.
Kiedy wyszedłem, czekała już przy aucie wpatrując się w niebo.
- czemu na angielskim niebie nie widać gwiazd ? - zapytała.
- bo jedna stoi obok ...
- obok mnie oczywiście.
- oczywiście - zaśmialiśmy się, po czym złapałem za klamkę by otworzyć jej drzwi. W tej chwili ona zrobiła to samo. Ścisnąłem lekko jej rękę a ona ją odepchnęła. spojrzałem na nią lekko marszcząc czoło.
- dobrze wiesz, że zrobiłabym to sama..
- chciałem być dżentelmenem - na mojej twarzy pojawił się lekki grymas
- wiesz, żyjemy w takich czasach, gdzie księżniczki doskonale radzą sobie same.
- wiem - pochyliłem się nad nią, opierając swój ciężar na krawędzi dachu samochodu - ale wiesz, zdarzają się również książęta, dla których dobro księżniczek liczy się najbardziej, fajtłapko. - jej źrenice powiększyły się a kąciki ust uniosły się ku górze.
W mojej głowie widniało już tylko jedno zdanie napisane pogrubioną czcionką : DLA TYCH OCZU NIE COFNĘ SIĘ PRZED NICZYM.
Większość drogi spędziliśmy w ciszy. Zerkałem na nią mimowolnie, uśmiechając się sam do siebie. Co ona mi zrobiła ? nie czułem czegoś takiego nawet będąc z Taylor. Właśnie, Taylor ... Spotykaliśmy się kilka miesięcy temu. Było nam dobrze razem, ale nie mieliśmy dla siebie czasu. poza tym, coś jej odbiło. Stała się jakaś oschła, jakaś taka hmmm oziębła. nie okazywała mi takich uczuć na jakie liczyłem z jej strony. Zaczęła zachowywać się jak diva, dlatego postanowiłem się z nią rozstać. Teraz, kiedy zapewniała mnie, że się zmieniła i że nadal mnie kocha wróciliśmy do siebie aczkolwiek nie wiem czy to dobry pomysł. znów nam się nie układa, ona chciałaby mną rządzić na co nigdy jej nie pozwolę. Nie kochałem, nie kocham i nie pokocham.
Włączyłem radio by jakoś wypełnić tą ciszę. Przeważnie to zawsze ja rozpoczynałem rozmowę, ale teraz zwyczajnie nie wiedziałem co mam powiedzieć, o co ją zapytać. towarzyszyło mi takie uczucie, jakbym bał się odezwać żeby jej nie urazić, żeby wywrzeć na niej jak najlepsze wrażenie. Akurat leciała piosenka Bon Jovi "Livin' on a prayer". od razu się uśmiechnąłem bo lubiłem słuchać takich ostrych kawałków, zacząłem nucić pod nosem i lekko potrząsać głową w rytm. ale moja fascynacja nie trwała długo. Effie wyciągnęła palec i szybko zmieniła stację skąd usłyszałem piosenkę Tired Pony " All things all at once ". Zerknąłem na nią i przełączyłem na Bon'a. Effie zmrużyła oczy i kliknęła guzikiem powracając do swojego wyboru. O nie, kochanie. Zmieniłem stację na moją piosenkę, a ona powtórzyła czynność kurczowo trzymając się jej piosenki. wyciągnąłem rękę w stronę radia ale w ostatniej chwili ją cofnąłem, sam nie wiem czemu.
- dziękuję - posłała mi promienny uśmiech. pokiwałem głową i lekko przyśpieszyłem. Kątem oka zerknąłem na Effie, która zacisnęła pięści na zapiętym pasie bezpieczeństwa. Z jej oczu aż buchało przerażenie. Nie miałem pojęcia o co chodzi.
- zwolnij. - odezwała się cicho.
- czemu ? co się dzieje ? - spojrzałem na nią.
- nie patrz na mnie tylko na drogę - podniosła lekko głos
- ale o co Ci chodzi ?
- Harry ! ZWOLNIJ ! - krzyknęła głośno
- Effie spokojnie - zdjąłem prawą rękę z kierownicy by złapać za jej dłoń. Effie odtrąciła ją i patrzyła tępo przed siebie.
- Stój, zatrzymaj się.. - powiedziała wyraźnie wystraszona.
- Effie..
- zatrzymaj się kurwa ! - krzyknęła ponownie aż po moim ciele przeszły ciarki. zupełnie nie wiedziałem o co jej chodzi. czemu tak reaguje ? czemu boi się jeździć ? czemu mi nie ufa ?
Zjechałem na pobocze. Zatrzymałem auto a ona gwałtownie z niego wysiadła trzaskając drzwiami. Podniosła ręce do góry i wplotła je w swoje włosy. po chwili straciłem ją z oczu. były dwa wyjścia, albo kucnęła albo zemdlała. Wybiegłem szybko z samochodu podbiegając do niej. Siedziała skulona pod samochodem głośno płacząc. Zabrakło mi powietrza kiedy poczułem mocne ukłucie w sercu. Nigdy nie widziałem jak płacze, a jednak teraz jej łzy działały na mnie jakby ktoś rzucał we mnie milionami noży i jeszcze do tego wyrywał mi serce bez jakiegokolwiek znieczulenia. Bez zastanowienia rzuciłem się przed nią na kolana i przyciągnąłem do siebie.
- spokojnie, Effie. spokojnie. ze mną jesteś bezpieczna... - wplatając palce w jej włosy, mówiłem by ją uspokoić. Szlochała i wciągała lekko nosem wtulając się w moją klatkę piersiową. Kiedy poczułem jej dotyk na swoich plecach, mój brzuch wywinął kilka fikołków. Słyszałem o tym uczuciu, ale myślałem że mają je tylko dziewczyny. a tu proszę, wychodzi na to, że faceci też je mają. zastanawia mnie tylko jedno, czy można to nazwać zakochaniem?
Nawet nie wiem ile tak razem siedzieliśmy. Nie puściłem jej dopóki nie usłyszałem, że przestała płakać i uspokoiła oddech.
- przepraszam... - powiedziała tak cicho, że ledwo ją usłyszałem.
- heej, zwariowałaś ? nie przepraszaj, nie masz za co Effie - przytuliłem ją mocniej do siebie.
lekko odchyliła głowę i rękawem kurtki wytarła sobie nos. Podobało mi się to. Tzn, podobało mi się to, że robiła tak zwyczajne rzeczy, których nikt wcześniej przy mnie nie robił bo chciał mi zaimponować. cholera, a ona imponowała mi tym, że wycierała gile w rękaw. uśmiechnąłem się do niej. Chciałem zapytać o co chodzi, czy mogę jej pomóc, czy chce pogadać, albo po prostu popłakać sobie w ciszy.
- moi rodzice zginęli w wypadku.
Rozszerzyłem oczy. Ale ze mnie idiota! mogłem się domyślić, dlaczego się boi. Nie wiedziałem co mam zrobić. w głowie miałem pustkę a do moich oczu napłynęły łzy. nie będę płakać ale ta świadomość, że ją skrzywdziłem doprowadzała mnie do ostateczności. Strzel się w łeb Harry, oby mocno.
- Effie, przepraszam .. - złapałem ją za rękę.
- nic się nie stało, Harry. - ścisnęła moją rękę. nie wiem dokładnie co miało to oznaczać ale odczułem spokój, że jest w porządku.
- chcę po prostu, żebyś czuła się ze mną bezpieczna, rozumiesz? - moje dłonie powędrowały na jej policzki, kciukami wycierając je z ostatnich łez. uniosłem jej twarz tak aby jej oczy były na równej wysokości z moimi. - zaufaj mi, Effie.
- to udowodnij, że na to zaufanie zasługujesz. nie ufam byle komu. - odparła i podtrzymując się na moim barku wstała, otrzepując tyłek z piasku. Siedziałem tam nadal jak wryty. Nie chcę żeby mi nie ufała. a już na pewno nie chcę, żeby nazywała mnie "byle kim". Teraz nic, oprócz jej szczęścia się dla mnie nie liczyło. a ja, jak dureń, sprowokowałem jej łzy. wiedziałem, że między nami buduje się silna więź. nie wiem jaka, nie wiem czy to przyjaźń, czy to miłość czy jakieś zawodowe porachunki. nie wiem. ale jeśli chciała dowodów, to je dostanie. Jestem godzien zaufania.
UDOWODNIĘ ! ŻEBYŚ WIEDZIAŁA, ŻE UDOWODNIĘ
Kiedy dojechaliśmy pod Modest, złapała teczkę z papierami i żwawo wybiegła z samochodu. Przez moją głowę przebiegły miliony myśli. Uderzyłem otwartą ręką w kierownicę i jęknąłem cicho. Największa walka jest pomiędzy tym co wiesz, a tym co czujesz. wiedziałem, że mogę ją skrzywdzić, a czułem, że tego nie zrobię. nie wiedziałem czemu zaufać, rozsądkowi czy sercu, które jednak istniało. przecież mogłem mieć każdą, ot tak. na pstryknięcie. po co więc miałem pchać się w związek, który nawet nie ma przyszłości. przecież zrujnowałbym jej życie. Jestem osobą publiczną, jestem podstosowany pod innych ludzi, jestem związany kontraktami. Nie, to nie wyjdzie. Niech tylko sprząta, tak będzie najlepiej.
Effie wychodzi z agencji kierując się szybko w stronę samochodu. Bawi się włosami, patrząc w dół. Uśmiecham się, opierając głowę na kierownicy. Obserwuję każdy jej ruch, każde najmniejsze skinienie.
Jak tak patrzę na nią z daleka, choć nie jest moja, choć ja nie jestem jej, to i tak mam ochotę skraść jej buziaka i wtulić się w nią, po prostu przy niej być. Jest ostatnim brakującym puzzlem w całej tej planszy, zwanej moim życiem.
- dziękuję za podwiezienie. Cześć Harry. Widzimy się jutro. - uśmiechnęła się i zamknęła drzwi. odwracając się w moją stronę pomachała delikatnie. uniosłem tylko rękę, westchnąłem cicho i naciskając pedał gazu, odjechałem. Effie nie mogła wyjść z mojej głowy. Wyglądając przez szybę dostrzegłem kilka gwiazd i od razu przypomniało mi się jej pytanie. musiałem ją o tym poinformować. Wcześniej, jak poszła do łazienki, puściłem sobie strzałkę z jej telefonu żeby mieć jej numer. Cwany jestem nie? Bezmyślnie złapałem za telefon i napisałem jej smsa.
Czekając na odpowiedź, znalazłem na iTunes tą piosenkę Tired Pony, o którą tak dzisiaj walczyła. Przysięgam, że wyglądałem jak debil machając głową, nucąc pod nosem i uśmiechając się szeroko.
Serce zabiło mi mocniej gdy usłyszałem dźwięk wiadomości.
Pokiwałem głową i rzuciłem telefon na siedzenia pasażera. Uśmiech nie schodził mi z twarzy. Dodałem trochę gazu i nawet nie wiem kiedy otwierałem już bramę. Wysiadając z auta, kliknąłem pilotem zamykając je. Moją uwagę przykuło lekkie światełko, które było widoczne w środku domu. jak się nie mylę, z salonowego okna. Niemożliwe by ktoś tam był, pewnie zapomniałem zgasić. Wszedłem do domu, rzuciłem kluczyki na szafkę i kierując się w stronę kuchni zapaliłem światło. usłyszałem chrząknięcie za plecami. odwróciłem się gwałtownie i zamarłem
- A Ty co tu do cholery robisz ?!
Jak myślicie, kto przyszedł do Styles'a ? (; czekam na odpowiedzi w komentarzach.
mam nadzieję, że się podoba. podoba mi się ten rozdział, włożyłam w niego naprawdę dużo serca. oceniajcie, komentujcie, polecajcie, obserwujcie, czytajcie. :)
Kocham Was. ♥
- K. x






