środa, 25 września 2013

chapter 6.

od autora : mam prośbę, podczas czytania tego rozdziału włączcie sobie tą piosenkę
poczujecie się jak ja, kiedy pisałam ten rozdział (;


Harry's POV
       pewnym momencie możesz spotkać kogoś, kto będzie dla Ciebie doskonały, w najmniejszych molekułach zaprojektowany by być Twoim największym skarbem i źródłem radości. Ta osoba może albo całkowicie Cię uszczęśliwić, albo totalnie zmiażdżyć. Uszczęśliwić będąc najbliżej, najcieplej i najmocniej, splatać oddechy i palce, poranki i zmierzchy, tętno i ślinę. To scenariusz dla szczęśliwców.
       Poszedłbym za nią na koniec świata. Te piwne oczy, te cienkie, jasnobrązowe włosy, ten zniewalający uśmiech, ten gest brwią, kilka piegów, a nawet ten pryszcz w okolicach skroni doprowadzały mnie do czystego szaleństwa. Nie była doskonała a mimo tego nie ukrywała swoich wad. Zauważałem w niej rzeczy, których nie dostrzegałem w innych dziewczynach. Lubiłem to, że miała odpowiedź na każde moje słowo. Była bezczelna, ale tak cholernie seksownie bezczelna, że rozpuściłaby serce z najtwardszego lodu. Właśnie takie posiadałem i miałem tego świadomość. 
       Doceniałem to, że nie miała kisielu w gaciach na mój widok i na dźwięk mojego nazwiska, traktowała mnie jak normalnego chłopaka, jak nastolatka. Zacząłem coraz bardziej doceniać normalność i uczucia z tym związane. Po części ją rozumiałem, też nie miałem rodziców. Oczywiście mogłem do nich zadzwonić o każdej porze dnia i nocy, ale to nie to samo. Ojciec nie uczył mnie jak grać w nogę a mama nie wybierała mi dziewczyn. Żyłem swoim życiem, żyłem życiem swoich marzeń, żyłem życiem One Direction.
- Harry ? - jej głos wyrwał mnie z amoku w jakim teraz byłem. dopiero zdałem sobie sprawę, że cały czas jej się przyglądam. ale KLAPA. nie mogę jej pokazać, że cholernie mi się podoba i najchętniej przykleiłbym ją do siebie jakimś bardzo mocnym klejem, tak żeby nigdy mi nie uciekła. tak bym nigdy jej nie stracił. 
Speszyłem się. nie wiem nawet czy przypadkiem nie spaliłem buraka. 
- hmm ? - odparłem i machinalnie poprawiłem grzywkę żeby, w razie czego, nie zobaczyła tych buraczanych rumieńców.
- odwieziesz mnie do domu ? to znaczy, hmmm, najpierw do agencji. muszę oddać tą umowę. 
- jasne, oczywiście. tak, już jedziemy. - wyjąłem portfel by zapłacić za ciastka. Effie wstała i powędrowała w stronę wieszaków, gdzie wcześniej odwiesiłem jej kurtkę. nie zerknęła na portfel, nie czekała, aż go otworzę i zobaczy ile tam jest. a było dużo, naprawdę dużo. nie lubiłem płacić kartą. te piny, te klikanie... to nie dla mnie. wolałem tradycyjny sposób płatności..
Wychodząc machnąłem tylko ręką do Eleny, kelnerki, która właśnie uniosła kciuk ku górze wskazując głową na Effie. uśmiechnąłem się sam do siebie, bo przychodziłem to z wieloma dziewczynami a Elena nigdy nie zrobiła czegoś takiego. i faktycznie, tamte nie lubiły szarlotki.
Kiedy wyszedłem, czekała już przy aucie wpatrując się w niebo.
- czemu na angielskim niebie nie widać gwiazd ? - zapytała.
- bo jedna stoi obok ...
- obok mnie oczywiście.
- oczywiście - zaśmialiśmy się, po czym złapałem za klamkę by otworzyć jej drzwi. W tej chwili ona zrobiła to samo. Ścisnąłem lekko jej rękę a ona ją odepchnęła. spojrzałem na nią lekko marszcząc czoło.
- dobrze wiesz, że zrobiłabym to sama..
- chciałem być dżentelmenem - na mojej twarzy pojawił się lekki grymas
- wiesz, żyjemy w takich czasach, gdzie księżniczki doskonale radzą sobie same.
- wiem - pochyliłem się nad nią, opierając swój ciężar na krawędzi dachu samochodu - ale wiesz, zdarzają się również książęta, dla których dobro księżniczek liczy się najbardziej, fajtłapko. - jej źrenice powiększyły się a kąciki ust uniosły się ku górze. 
W mojej głowie widniało już tylko jedno zdanie napisane pogrubioną czcionką : DLA TYCH OCZU NIE COFNĘ SIĘ PRZED NICZYM.
       Większość drogi spędziliśmy w ciszy. Zerkałem na nią mimowolnie, uśmiechając się sam do siebie. Co ona mi zrobiła ? nie czułem czegoś takiego nawet będąc z Taylor. Właśnie, Taylor ... Spotykaliśmy się kilka miesięcy temu. Było nam dobrze razem, ale nie mieliśmy dla siebie czasu. poza tym, coś jej odbiło. Stała się jakaś oschła, jakaś taka hmmm oziębła. nie okazywała mi takich uczuć na jakie liczyłem z jej strony. Zaczęła zachowywać się jak diva, dlatego postanowiłem się z nią rozstać. Teraz, kiedy zapewniała mnie, że się zmieniła i że nadal mnie kocha wróciliśmy do siebie aczkolwiek nie wiem czy to dobry pomysł. znów nam się nie układa, ona chciałaby mną rządzić na co nigdy jej nie pozwolę. Nie kochałem, nie kocham i nie pokocham. 
Włączyłem radio by jakoś wypełnić tą ciszę. Przeważnie to zawsze ja rozpoczynałem rozmowę, ale teraz zwyczajnie nie wiedziałem co mam powiedzieć, o co ją zapytać. towarzyszyło mi takie uczucie, jakbym bał się odezwać żeby jej nie urazić, żeby wywrzeć na niej jak najlepsze wrażenie. Akurat leciała piosenka Bon Jovi "Livin'  on a prayer". od razu się uśmiechnąłem bo lubiłem słuchać takich ostrych kawałków, zacząłem nucić pod nosem i lekko potrząsać głową w rytm. ale moja fascynacja nie trwała długo. Effie wyciągnęła palec i szybko zmieniła stację skąd usłyszałem piosenkę Tired Pony " All things all at once ". Zerknąłem na nią i przełączyłem na Bon'a. Effie zmrużyła oczy i kliknęła guzikiem powracając do swojego wyboru. O nie, kochanie. Zmieniłem stację na moją piosenkę, a ona powtórzyła czynność kurczowo trzymając się jej piosenki. wyciągnąłem rękę w stronę radia ale w ostatniej chwili ją cofnąłem, sam nie wiem czemu. 
- dziękuję - posłała mi promienny uśmiech. pokiwałem głową i lekko przyśpieszyłem. Kątem oka zerknąłem na Effie, która zacisnęła pięści na zapiętym pasie bezpieczeństwa. Z jej oczu aż buchało przerażenie. Nie miałem pojęcia o co chodzi.
- zwolnij. - odezwała się cicho.
- czemu ? co się dzieje ? - spojrzałem na nią.
- nie patrz na mnie tylko na drogę - podniosła lekko głos
- ale o co Ci chodzi ? 
- Harry ! ZWOLNIJ ! - krzyknęła głośno
- Effie spokojnie - zdjąłem prawą rękę z kierownicy by złapać za jej dłoń. Effie odtrąciła ją i patrzyła tępo przed siebie.
- Stój, zatrzymaj się.. - powiedziała wyraźnie wystraszona.
- Effie..
- zatrzymaj się kurwa ! - krzyknęła ponownie aż po moim ciele przeszły ciarki. zupełnie nie wiedziałem o co jej chodzi. czemu tak reaguje ? czemu boi się jeździć ? czemu mi nie ufa ?
Zjechałem na pobocze. Zatrzymałem auto a ona gwałtownie z niego wysiadła trzaskając drzwiami. Podniosła ręce do góry i wplotła je w swoje włosy. po chwili straciłem ją z oczu. były dwa wyjścia, albo kucnęła albo zemdlała. Wybiegłem szybko z samochodu podbiegając do niej. Siedziała skulona pod samochodem głośno płacząc. Zabrakło mi powietrza kiedy poczułem mocne ukłucie w sercu. Nigdy nie widziałem jak płacze, a jednak teraz jej łzy działały na mnie jakby ktoś rzucał we mnie milionami noży i jeszcze do tego wyrywał mi serce bez jakiegokolwiek znieczulenia. Bez zastanowienia rzuciłem się przed nią na kolana i przyciągnąłem do siebie.
- spokojnie, Effie. spokojnie. ze mną jesteś bezpieczna... - wplatając palce w jej włosy, mówiłem by ją uspokoić. Szlochała i wciągała lekko nosem wtulając się w moją klatkę piersiową. Kiedy poczułem jej dotyk na swoich plecach, mój brzuch wywinął kilka fikołków. Słyszałem o tym uczuciu, ale myślałem że mają je tylko dziewczyny. a tu proszę, wychodzi na to, że faceci też je mają. zastanawia mnie tylko jedno, czy można to nazwać zakochaniem? 
Nawet nie wiem ile tak razem siedzieliśmy. Nie puściłem jej dopóki nie usłyszałem, że przestała płakać i uspokoiła oddech.
- przepraszam... - powiedziała tak cicho, że ledwo ją usłyszałem.
- heej, zwariowałaś ? nie przepraszaj, nie masz za co Effie - przytuliłem ją mocniej do siebie. 
lekko odchyliła głowę i rękawem kurtki wytarła sobie nos. Podobało mi się to. Tzn, podobało mi się to, że robiła tak zwyczajne rzeczy, których nikt wcześniej przy mnie nie robił bo chciał mi zaimponować. cholera, a ona imponowała mi tym, że wycierała gile w rękaw. uśmiechnąłem się do niej. Chciałem zapytać o co chodzi, czy mogę jej pomóc, czy chce pogadać, albo po prostu popłakać sobie w ciszy.
- moi rodzice zginęli w wypadku. 
Rozszerzyłem oczy. Ale ze mnie idiota! mogłem się domyślić, dlaczego się boi. Nie wiedziałem co mam zrobić. w głowie miałem pustkę a do moich oczu napłynęły łzy. nie będę płakać ale ta świadomość, że ją skrzywdziłem doprowadzała mnie do ostateczności. Strzel się w łeb Harry, oby mocno.
- Effie, przepraszam .. - złapałem ją za rękę.
- nic się nie stało, Harry. - ścisnęła moją rękę. nie wiem dokładnie co miało to oznaczać ale odczułem spokój, że jest w porządku.
- chcę po prostu, żebyś czuła się ze mną bezpieczna, rozumiesz? - moje dłonie powędrowały na jej policzki, kciukami wycierając je z ostatnich łez. uniosłem jej twarz tak aby jej oczy były na równej wysokości z moimi. - zaufaj mi, Effie.
- to udowodnij, że na to zaufanie zasługujesz. nie ufam byle komu. - odparła i podtrzymując się na moim barku wstała, otrzepując tyłek z piasku. Siedziałem tam nadal jak wryty. Nie chcę żeby mi nie ufała. a już na pewno nie chcę, żeby nazywała mnie "byle kim". Teraz nic, oprócz jej szczęścia się dla mnie nie liczyło. a ja, jak dureń, sprowokowałem jej łzy. wiedziałem, że między nami buduje się silna więź. nie wiem jaka, nie wiem czy to przyjaźń, czy to miłość czy jakieś zawodowe porachunki. nie wiem. ale jeśli chciała dowodów, to je dostanie. Jestem godzien zaufania.
UDOWODNIĘ ! ŻEBYŚ WIEDZIAŁA, ŻE UDOWODNIĘ
       Kiedy dojechaliśmy pod Modest, złapała teczkę z papierami i żwawo wybiegła z samochodu. Przez moją głowę przebiegły miliony myśli. Uderzyłem otwartą ręką w kierownicę i jęknąłem cicho. Największa walka jest pomiędzy tym co wiesz, a tym co czujesz. wiedziałem, że mogę ją skrzywdzić, a czułem, że tego nie zrobię. nie wiedziałem czemu zaufać, rozsądkowi czy sercu, które jednak istniało. przecież mogłem mieć każdą, ot tak. na pstryknięcie. po co więc miałem pchać się w związek, który nawet nie ma przyszłości. przecież zrujnowałbym jej życie. Jestem osobą publiczną, jestem podstosowany pod innych ludzi, jestem związany kontraktami. Nie, to nie wyjdzie. Niech tylko sprząta, tak będzie najlepiej.
Effie wychodzi z agencji kierując się szybko w stronę samochodu. Bawi się włosami, patrząc w dół. Uśmiecham się, opierając głowę na kierownicy. Obserwuję każdy jej ruch, każde najmniejsze skinienie.
Jak tak patrzę na nią z daleka, choć nie jest moja, choć ja nie jestem jej, to i tak mam ochotę skraść jej buziaka i wtulić się w nią, po prostu przy niej być. Jest ostatnim brakującym puzzlem w całej tej planszy, zwanej moim życiem.


- dziękuję za podwiezienie. Cześć Harry. Widzimy się jutro. - uśmiechnęła się i zamknęła drzwi. odwracając się w moją stronę pomachała delikatnie. uniosłem tylko rękę, westchnąłem cicho i naciskając pedał gazu, odjechałem. Effie nie mogła wyjść z mojej głowy. Wyglądając przez szybę dostrzegłem kilka gwiazd i od razu przypomniało mi się jej pytanie. musiałem ją o tym poinformować. Wcześniej, jak poszła do łazienki, puściłem sobie strzałkę z jej telefonu żeby mieć jej numer. Cwany jestem nie?  Bezmyślnie złapałem za telefon i napisałem jej smsa.  


Czekając na odpowiedź, znalazłem na iTunes tą piosenkę Tired Pony, o którą tak dzisiaj walczyła. Przysięgam, że wyglądałem jak debil machając głową, nucąc pod nosem i uśmiechając się szeroko. 
Serce zabiło mi mocniej gdy usłyszałem dźwięk wiadomości.



        Pokiwałem głową i rzuciłem telefon na siedzenia pasażera. Uśmiech nie schodził mi z twarzy. Dodałem trochę gazu i nawet nie wiem kiedy otwierałem już bramę. Wysiadając z auta, kliknąłem pilotem zamykając je. Moją uwagę przykuło lekkie światełko, które było widoczne w środku domu. jak się nie mylę, z salonowego okna. Niemożliwe by ktoś tam był, pewnie zapomniałem zgasić. Wszedłem do domu, rzuciłem kluczyki na szafkę i kierując się w stronę kuchni zapaliłem światło. usłyszałem chrząknięcie za plecami. odwróciłem się gwałtownie i zamarłem
- A Ty co tu do cholery robisz ?!



Jak myślicie, kto przyszedł do Styles'a ? (; czekam na odpowiedzi w komentarzach.
mam nadzieję, że się podoba. podoba mi się ten rozdział, włożyłam w niego naprawdę dużo serca. oceniajcie, komentujcie, polecajcie, obserwujcie, czytajcie. :) 
Kocham Was. ♥
- K. x

sobota, 21 września 2013

chapter 5.

         Ludzie często nie zdają sobie sprawy jakie mają dookoła siebie szczęście. Nie dostrzegają małych rzeczy, nie doceniają krótkich sekund, dłuższych minut.  A przecież to w nich tkwi złoty środek. Niespodziewane uśmiechy, szybkie mrugnięcia powiekami, dotknięcie dłoni czy nawet kiwnięcie głową, wszystko to dzieje się w ciągu sekund, niedocenianych sekund. Jestem ciekawą świata dziewczyną, boję się mrugnąć okiem by nie przeoczyć może najpiękniejszego momentu w moim życiu.
Ale teraz, kiedy siedzimy na przeciwko siebie a on, chłopak z burzą jeszcze lekko wilgotnych loków na głowie patrzy na mnie tak jakby jutra miało nie być, odwracam głowę.
- smakuje Ci kawa ? - pyta zaciekawiony
- mhm, jest ... dobra - upiłam łyk i posłałam mu promienny uśmiech.
- dobra? po prostu dobra? - w jego głosie widocznie słychać było troszkę niedowierzania.
- wiem, że przyzwyczaiłeś się do bardziej wygórowanych komplementów.
- wcale, że nie prawda. - rzucił uśmiechając się lekko.
- czyżby ? gdybym powiedziała Ci, że jest przesmaczna i najlepsza jaką piłam, Twój uśmiech byłby szerszy a źrenice powiększyłyby Ci się do rozmiarów 2funtów, prawda ? - uniosłam lewą brew i patrząc mu w oczy napiłam się kawy. Na twarzy Harry'ego wymalowało się lekkie zdziwienie. znów go zaskoczyłam. - no właśnie... - dokończyłam.
- jesteś taka .. taka ... - Harry przerwał kilkusekundową ciszę, zawiesił lekko głos szukając w głowie odpowiedniego słowa by mnie opisać.
- inna, wiem.
- dlaczego ?
- bo mając 15 lat nie biegałam po imprezach szukając sposobu na stracenie dziewictwa tylko wolałam posiedzieć w pokoju i połamać kilka ołówków wylewając swoje frustracje i emocje na kartce papieru.
- rysujesz?
- bynajmniej się staram. - uśmiechnęłam się szeroko.
- może pójdziemy coś zjeść? opowiesz mi o sobie więcej.
- a jak ktoś zrobi nam razem zdjęcie ? wiesz jesteś gwiazdą..
- to będziemy udawać że jesteśmy nie widzialni. 


" Out of Cafe " to ładna knajpka. Stonowane, pastelowe kolory tworzyły idealny obraz wraz z ciemnymi meblami, kanapami i wykończeniami na ścianach. Granatowa ściana, na której wisiało zdjęcie Harry'ego wraz z, podejrzewam, właścicielką restauracji od razu zdradziła, że lubił tu przychodzić.
Poruszałam głową dokładnie przyglądając się pomieszczeniu. Domyśliłam się, skąd u Harry'ego zamiłowanie do spokojnych kolorów, tak jak w jego domu tak i tu było dość spokojnie.
- ładnie, prawda ? - powiedział Harry, łapiąc za poły mojej ramoneski by potem wziąć ją ode mnie i powiesić na wieszak. pokiwałam głową na znak, że mi się podoba - lubisz szarlotkę ? - rzucił odsuwając krzesło przede mną bym mogła usiąść.
- uwielbiam.
- to dobrze bo ...
- nie spotykasz się z dziewczynami,  które nie lubią szarlotki albo mówią, że nie lubią bo twierdzą, że są za grube a Ty wtedy zaprzeczasz i twierdzisz, że nie są ?
Harry wplótł palce w swoją sterczącą do góry grzywkę równocześnie poprawiając wywinięte w różne strony loki na skroniach.
- mają tu najlepsze ciasta na świecie, zamówię nam coś a Ty się stąd nie ruszaj i rozmyślaj nad tym jak mnie zaskoczyć, fajtłapko.
- raczej nie zamierzam, mam 8 km do domu a zbiera się na deszcz także ... - poklepałam go po ramieniu - posiedzę tutaj. - wyszczerzyłam zęby a w rezultacie usłyszałam gardłowy śmiech bruneta zmierzającego w stronę lady.
Miał wyjątkowo chude nogi. Obcisłe spodnie i te same obdarte buty, co na lotnisku, zaczęły mi się podobać. Nie jako poszczególne części garderoby, aczkolwiek jako cały styl Harry'ego. Miał swój styl a jak na 19-latka przystało to dość, hmm, dorosły i dojrzały styl. Powinien raczej nosić jakieś Conversy, AirMaxy czy Vansy i jakieś dresy a nie koszule i płaszcz.
Po chwili pojawił się z powrotem przedstawiając mi obraz swoich równych zębów.
- opowiedz mi coś o sobie, Effie. - powiedział, splatając swoje ręce ze sobą.
- a co byś chciał wiedzieć ?
- ile masz lat, na przykład.
- na przykład, mam 18. urodziny mam 2 listopada, gdybyś chciał kupić mi dom z basenem i takie tam Porsche albo Maserati. - wyszczerzyłam zęby ale jemu widocznie nie było do śmiechu. spuścił wzrok i zacisnął lekko swoje splecione palce. - powiedziałam coś nie tak, Harry ?
- nie.. tylko po prostu .. dlaczego ludzie lubią mnie bo mam kasę ?
Jego słowa zaskoczyły mnie niesamowicie. Skąd mogłam wiedzieć? przecież nie mam pojęcia jak to jest. szukałam w głowie odpowiednich słów by odpowiedzieć mu jakoś z sensem, ale teraz nic z sensem nie przychodziło mi do głowy.
- może dlatego, że im na to pozwalasz ? - no tak Effie, gratulacje. naprawdę inteligentna odpowiedź, brawo. miałam ochotę pacnąć się w czoło i to tak mocno żeby mnie bolało za każdym razem kiedy przyjdzie mi do głowy palnąć coś równie durnego. - jesteś częścią showbiznesu a to ciężki orzech do zgryzienia. fani kochają Cię za muzykę, za to co dla nich robisz. aktorki kochają Cię za urok, papparazzi za skandale a chciwe hieny za pieniądze. Nic na to nie poradzisz, coś kosztem czegoś Harry.
- a Ty, za co mnie lubisz ?
za wszystko, durniu 
- Ja lubiłabym Cię nawet jakbyś mieszkał w domku z kartonu. - moja dłoń powędrowała na jego dłoń, którą lekko ścisnęłam. Harry spojrzał w moje oczy a ten uśmiech, który mi podarował był najlepszą rzeczą jaką mogłam dziś zobaczyć.
- naprawdę?
- mhm. ale wiesz, teraz lubię Cię bardziej, bo płacisz za szarlotkę - pomieszczenie knajpki wypełnił nasz głośny śmiech. Kiedy kelnerka przyniosła nasze ciasta gadaliśmy o zupełnych głupotach.
- ulubione kwiaty ?
- róże. ulubiony kraj?
- Francja
- nie nabijaj się !  - rzuciłam w niego serwetką, którą wcześniej pogięłam w dłoniach.
- nie miałem tego na myśli, wieżo Eifflo. - zaczął się śmiać. po chwili jego łyżeczka wylądowała w moim kawałku ciasta. 
- gramy w pytania czy zamierzasz zeżreć moje ciasto ? zabieraj łapę! - Klepnęłam go lekko w wierzch dłoni.
- dobra, hmmm.. rozmiar buta. - serio Harry serio ? chcesz znać rozmiar mojego buta ?
- 37,5. ulubiony kolor ?
- Twoich oczu, Effie.. - szepnął pożerając mnie swoim wzrokiem. Moje serce rozpłynęło się na jego słowa, motylki rozrywały teraz mój brzuch, dwie różowe plamki niegrzecznie skakały teraz po moich policzkach a gorąco dostawało się do każdego centymetra mojego ciała.
Życie nauczyło mnie stwarzać otoczkę, mur, który świetnie radził sobie z unikaniem innych, odizolowywaniem się. Tylko raz pewnej osobie udało się sprawić, że moja obrona runęła.
Śmierć kogoś bliskiego to taki moment w życiu, gdzie masz ochotę zmienić wszystko, może na lepsze, po to by już nikt nie odszedł od Ciebie na zawsze. Obwiniasz się i twierdzisz, że jeśli naprawisz swoje życie ukochane osoby zostaną z Tobą już na zawsze. Nie wyobrażałam sobie na tę chwilę co robiłabym gdyby nie ten wypadek na lotnisku, gdybym go nie poznała. zaczął nadawać sens mojemu życiu a ja nie chciałam się przed tym bronić. Oszalałam na punkcie Styles'a choć nie chciałam się do tego przyznać, bo nie zrobiłby z tym nic. Miliony dziewczyn oszalały.
Mój strach przed wylewaniem kolejnych łez w poduszkę runął, a ja zaczęłam czuć coś bardzo znaczącego w moim życiu. zakochałam się w kimś, kto nawet nie wiedział co ze mną robił, co we mnie zmieniał.
Zakochałam się w Harry'm Styles'ie.





PRZEPRASZAM ŻE TAK DŁUGO ! 
mnóstwo praacy związanej z wyjazdem, myślałam że sie wyrobie ale nic z tego. na szczęście jestem już na miejscu i jeśli wena mi wróci to rozdziały będą lepsze a nie takie , dosłownie mówiąc, ZJEBANE jak ten.
a teraz mała sonda, co myślicie o tym, żeby kolejny rozdział był napisany w perspektywie Hazzy ? 
czekam na komentarze, kocham Was :*

poniedziałek, 16 września 2013

chapter 4.

       Stoję przed około trzydziesto-piętrowym oszklonym wieżowcem. Moim oczom ukazuję się przeogromny napis MODEST! MANAGEMENT. Miałam czekać na Courtney, ale chyba się spóźnia. Siadam więc na ławce obok i wyciągam telefon, grzebię w kontaktach, przeglądam smsy, nic ciekawego ale nudę można skutecznie zabić. po 15 minutach w moim kierunku zmierza rudowłosa. ubrana przeciętnie, zwykłe jeansy, adidasy, sweter, kurtkę i na to szalik. co jest dziwne, bo jest środek sierpnia, a w Anglii jest stosunkowo ciepło. nawet ja w czarnej ramonesce się pocę, choć jestem strasznym zmarźluchem.
- Effie ! - machnęła, czyli mnie zauważyła. - długo czekasz ? - ma zachrypnięty głos, czyli to wyjaśnia jej ubiór.
- dzień dobry, właściwie to dopiero przyszłam - skłamałam.
Gdy stałyśmy już przed wielkimi drzwiami, otworzyła je przede mną i ruchem głowy kiwnęła bym weszła pierwsza. Okrągłe wnętrze z białą, ceramiczną podłogą, białymi ścianami i czarnymi meblami idealnie ze sobą grały. Nie miałam czasu by się przyjrzeć bo Courtney pchnęła mnie w kierunku windy.
- zestresowana ? - uśmiechnęła się i kliknęła 23, wycierając nos spojrzała w moja stronę.
- a powinnam ?
- wiesz, sprzątanie to nie jest szczyt Twoich marzeń co?
- no nie, ale chcę zarobić na studia.
- nie masz pieniędzy od rodziców ? - spytała dość zdziwionym głosem, jakby to musiało być oczywiste, spuściłam wzrok - umm, przepraszam. - dotknęła mojego ramienia.
- spokojnie - pogłaskałam jej dłoń - mam, ale za nie chcę kupić sobie dom, żeby się zabezpieczyć na przyszłość.
- dobrze myślisz. przejdźmy na "TY", ok? - wyciągnęła dłoń w moją stronę co oczywiście odwzajemniłam ściskając lekko jej chudą rączkę. usłyszałyśmy charakterystyczny dźwięk po czym drzwi windy rozsunęły się a my szybko wyszłyśmy w stronę recepcji.
- poczekaj tu. - wskazała na beżowe fotele a sama zniknęła za szklanymi drzwiami. Ludzie niczym mrówki, każdy w swoją stronę, z drzwi do drzwi, z papierami, segregatorami, aparatami, ktoś pił kawę na szybko, ktoś gadał przez komórkę drugą ręką próbując grzebać w drugiej. Zbyt duży tu harmider.
- podpisz to - Courtney wyrwała mnie z głębokich rozmyślań - ale najpierw przeczytaj.
Zerknęłam na umowę i szybko przelustrowałam punkty i warunki umowy : nie mówić nikomu gdzie i dla kogo pracuję, czyj dom będę sprzątać, bla bla bla, wykonywać polecenia właściciela domu, bla bla bla i takie tam różne. Generalnie w porządku, umowa wstępna na miesiąc z możliwością przedłużenia jak najbardziej mi pasuje. Biorę długopis do ręki, wzdycham głośno i podpisuję. Nic do stracenia.
Courtney pochwaliła mnie, za szybkie wykonanie jej prośby, znów zniknęła za szklanymi drzwiami ale tym razem wyszła po minucie i wesoło krzyknęła w moją stronę
- chodź, jakaś rozpieszczona gwiazda potrzebuje Twojej pomocy - szeroko uśmiechnęła się i od razu pociągnęła za rękaw w stronę windy.
Dziś mam zacząć ? już dziś ? Rudowłosa wręczyła mi kopię umowy i powiedziała, że tam, na miejscu wszystko będzie gotowe. na koniec zaproponowała podwózkę.

        Zatrzymałyśmy się pod wielkim domem, mogłabym śmiało rzec willą. zza wysokich, typowo angielskich drewnianych płotów, było widać jedynie czubki drzew, a przez brązową bramę nie przemknęłaby się, słowo daję, nawet mrówka. i że niby ja mam tu pracować, tak? sprzątać ? Ręce mi KURWA odpadną, myślę. ale idę, bo choć Courtney odjechała 3 sekundy temu wiem, że nadal patrzy w lusterko.
Stanęłam przed betonowym słupkiem, na którym był zamieszczony domofon z kamerką. Dzwonię.
- taaak? - słyszę głos starszego mężczyzny. no niech się okaże jeszcze zboczeńcem. w tym wielkim labiryncie się zgubię a przez bramę nie przeskoczę nawet z pomocą trampoliny.
- yyy, dzień dobry. Nazywam się Bennett i ja tu przyszłam w sprawie pracy, podobno wszystko miało byy - nie dane jest mi dokończyć, bo usłyszałam charakterystyczny dźwięk otwarcia bramy. Zacisnęłam pięści i cięzko westchnęłam ale weszłam. Moje serce ledwo nie wyskoczy mi z piersi a  Moim oczom ukazuje się przeogromny ogród, mnóstwo kwiatów i ozdobnych krzewów. widzę dużego grilla, kilka leżaków i basen. Jeeeezu.. naprawdę sobie koleś nie żałuje.
- zapraszam Panią - z wielkich, drewnianych drzwi wyłonił się pan w podeszłym wieku, ubrany w koszulę, spodnie w kant. miał plakietkę z napisem "SECURITY. Danny Oswald" - zaprowadzę Panią do właściciela, a on pokaże Pani miejsce pracy. Zapraszam - powtórzył. Kiwnęłam tylko głową zaciskając mocniej pięści.
Podziwiałam ogród a wnętrze domu to był dopiero raj na ziemi. Ciemnobrązowe panele idealnie współgrały z jasnymi ścianami,  a ciemne skórzane meble, duży kominek i czerwone wykończenia nadawały stylu, ekskluzywności jak i przytulności dużemu salonowi.
- ktoś mi musi wyprać majtki ! Danny ! przyszła już ta cała pożeraczka syfu ? - nagle ktoś donośnie krzyknął, niemal podskoczyłam bo po salonie rozległo się echo. z kuchni w samym ręczniku wynurzył się nikt inny jak pan i władca idealny pan Styles. moje usta otworzyły się minimalnie a ja mimowolnie zmierzyłam go od góry do dołu. Po chwili jednak dotarło do mnie jak idiotycznie muszę wyglądać gapiąc się na niego jak w najprawdziwszy diament, to raz. dwa, to czy on nazwał mnie właśnie pożeraczką syfu ?
- TY ?! - krzyknęliśmy razem. - TUTAJ ? - znów powiedzieliśmy razem - DLACZEGO?! - kolejne słowo wypowiedziane wspólnie wywołało uśmiech na naszych twarzach.
- EFFIE/HARRY! - po następnym po prostu zaczęliśmy się śmiać..
- cześć, od dziś będę pożeraczką Twojego syfu, proszę pana... - powiedziałam lekko oburzonym głosem na co Loczek spuścił wzrok. wyglądał pięknie. dostrzegłam ogrom jego tatuaży, niektóre to naprawdę dzieła sztuki, a inne to zwykle obrazki, jak gwiazda, albo gwoździe.
- yyym, to nie tak, bo to nie tak ... - podrapał się lekko w tył głowy wyraźnie zmieszany i głośno westchnął - Danny, możesz odejść. ja pokażę wszystko tej Pani. Dziękuję. - ochroniarz odszedł a do mnie Harry wyciągnął rękę. szybko podeszłam w jego stronę - chyba żartujesz, że będziesz tu sprzątać.
- to jest moja praca. znaczy będzie, jak podpiszesz - machnęłam mu teczką przed oczyma.
- daj te umowę. - wyciągnął z mojej dłoni pomarańczową teczkę i przytrzymując ją na ścianie, podpisał.
- ale czy Ty nie powinieneś jej podpisać po moim pierwszym przepracowanym dniu ? - zaczął się śmiać w odpowiedzi na moje pytanie.
- nie będziesz tu sprzątać Effie ! poza tym nie pamiętasz? trzecie spotkanie to ...
- WIECZNOŚĆ - znów powiedzieliśmy razem. nasze oczy spotkały się w tym momencie z jego oczami, a nasze usta lekko podniosły się do góry. Harry Styles w samym ręczniku to sen.
sen, z którego nie budźcie mnie, proszę.








krótki, ale przed wyjazdem mam "małą" spinę...
w nagrodę wklejam wam 3 gify. jak będę już w UK to będę pisała non stop ; )
KOCHAM WAS ! <3
- k.


piątek, 13 września 2013

chapter 3.

       Zielony to kolor nadziei a jego oczy miały właśnie taki kolor. To był kolor mojej nadziei na lepsze życie, czułam że mógłby je przeróżnie ozdobić gdyby tylko chciał. Ale co ja mogłam ? Sam doskonale powiedział, że jedzie na wywiad, że jest członkiem najpopularniejszego boybandu na całej kuli ziemskiej. Ja, 18-letnia sierota na utrzymaniu ciotki, bez żadnych perspektyw, bez talentów, bez urody, z jedną parą obdartych i zniszczonych vansów kupionych przed rokiem, aparatem i kompletem ołówków. Co z tego, że miałam pieniądze po rodzicach? Nie chciałam ich wydać na głupoty, chciałam kupić dom w Londynie wtedy kiedy poczuję się gotowa. Najpierw chciałam znaleźć pracę.
Mógłby mieć każdą a z tego co wiem, to tak właśnie było. Dziś był z Mary, jutro z Amber a za trzy dni z Lucy. W głowie rodziły mi się najróżniejsze pomysły i historie na nasz temat. Moje serce znacznie przyspieszyło , kiedy umysł samoistnie połączył jego nazwisko z moim imieniem. Effie Styles ?
Kolejne dni minęły szybko. Łaziłyśmy z Van po sklepach, siedziałyśmy przed TV, ona malowała sobie paznokcie, ja trochę rysowałam. Świat pędził. Był jak rwący strumyk, jak tajfun którego nie dało się zatrzymać, jak pociąg który odjechał nie czekając na mnie. Otaczający mnie ludzie to dar od Boga. Są ze mną zawsze, nie mogę powiedzieć, że jestem samotna. Ale tak się właśnie, cholera, czuję. Przyklejam co rano uśmiech by nie pokazać nikomu tego, że powinien się o mnie martwić. Nie do opisania jest jak brakowało mi rodziców. I Harry'ego... Harry'ego ?!

- Harry, jesteś tu . - wyciągnęłam rękę w jego stronę. wyglądał pięknie. Cały błyszczał, a jego oczy to teraz dwa istne diamenty. moje diamenty. dookoła było pusto, tylko ja, on i cały nasz wszechświat. Duże dłonie skierowane w moim kierunku to wszystko czego potrzebuję  - Harry ...
- zawsze będę przy Tobie, chodź do mnie szybko. Effie chodź do mnie .. Effie .. chodź do mnie .. - powtarzał. - Effie, chodź szybko, Effie.. - jego głos zmieniał barwę i natężenie, coraz głośniej, coraz bardziej piskliwy ..
Obudził mnie dobiegający z korytarza hałas. Na wpół przytomna usiadłam na brzegu salonowej kanapy i przetarłam dłonią zaspane powieki. Niechętnie otworzyłam oczy i zamrugałam kilkakrotnie chcąc przyzwyczaić wzrok do światła. Moje serce ścisnęło coś w postaci skurczu a kąciki moich ust uniosły się do góry. Harry mi się śnił, ale czy to dlatego?
- Effie, chodź szybko – usłyszałam siedząc przed TV, kiedy ciocia weszła do domu.
- No idę. Co się stało ? - westchnęłam ociężale.
- Pomóż mi z zakupami, to Ci coś powiem.
Zabrałam ciężkie siatki z rąk cioci i powędrowałam z nimi do kuchni. Odkładając je na wysepkę nalałam sobie do szklanki pomarańczowego soku i siadłam niedaleko zakupów. Ciocia wchodząc do kuchni poklepała mnie lekko po udzie nakazując zejście z wysepki.
- Rozmawiałam z Courtney, wiesz ta ruda, co jeździ ze mną na ten kurs, no wiesz, o tym gotowaniu .. - ciotka dostała chyba jakiegoś słowotoku, bo gadała jak nakręcona.
- tak ciociu, wiem – przerwałam jej szybko. Śmierć przez zagadanie nie jest miła.
- No właśnie. I ona, pracuje w jakiejś korporacji, czy coś. Nie to, że jest ważną szychą, bo nie jeździłaby ze mną na kursy – umieram – ale ona tam sprząta. W sensie, nie na tych kursach, tylko na w tej korporacji. I ta duża firma, zaproponowała jej układ.
- Ale ciociu, jaki to ma związek ze mną ?
- Słuchaj cholera jasna, a nie mi przerywasz.. na czym to ja ? A no tak ! - umarłam - Podpisała umowę z nimi, że jej firma sprzątająca będzie wykonywała prace porządkowe w domach sławnych osób, z którymi ta korporacja pracuje. W sensie, że wiesz tych z telewizji.
- No i ? - nadal nie rozumiałam. Bo co mnie obchodziła Courtney sprzątaczka korporacji sławnych gwiazd? Mętlik w głowie dosięgnął zenitu, a słowo daję uszy opadały jak kwiaty bez wody.
- Oj głupiutka. Szuka osób do pracy, poleciłam Cię. Jutro przyjedzie i zabierze Cię tam, żeby zapoznać się ze wszystkimi szczegółami.
Zakrztusiłam się sokiem.
- Co ?
- Masz pracę Effie.
- Naprawdę ciociu, naprawdę ? - kiwnęła lekko głową. Rzuciłam się na nią, uściskałam mocno i pocałowałam jej policzki z milion razy.
- no a teraz za robotę. Jak przyjdzie ta stara maruda z pracy a nie będzie obiadu to możemy się pożegnać z playstation na wieczór – zaśmiała się. Kocham i ją i "starą marudę" czyli wujka. Zawsze w środy robiliśmy sobie wieczór rozrywki. Przeważnie graliśmy w PS, ale też opowiadaliśmy sobie śmieszne historie i żartowaliśmy wspólnie. Najważniejsze, że byliśmy razem. Wsparcie i zrozumienie to wszystko czego potrzebowałam.


       Budzik obudził mnie o 8:30. Chciałam odwiedzić mamę i tatę na cmentarzu, chociaż musiałam jechać 35 km pociągiem, jeździłam tam co 3 dzień. Zostawiałam dwie róże. Czerwoną i białą. Czerwoną bo tata kupował mamie czerwone, a białą bo mama zawsze żartobliwie wypominała ojcu, że wolałaby białe a wtedy on zza pleców wyciągał bukiet białych.
Podziwiałam go. Nigdy nie spotkałam tak zakochanego faceta. po 20 latach małżeństwa kochał ją jak wariat, jak ślepo zakochany gówniarz. Jamie była dla niego całym światem, widziałam jak na nią patrzy, jak ją całuje, jak mówi że ją kocha. Jak ona rzuca w niego cokolwiek ma pod ręką a on podchodzi, otula ramionami i mówi " wszystko przez ten cholerny okres, huh?"
Kochali się. I wiem, że teraz też się kochają. A ja jestem dowodem tej miłości i obym potrafiła pokochać kogoś tak mocno.
Stoję przed ich grobem. Chcę się rozpłakać, żeby wyrzucić z siebie cały ten smutek. Zgryzam wargę, by może w taki sposób sprawić sobie ból. Chłodny wiatr otula moje ramiona, zaciągam się nim mocno łapiąc głęboki oddech.
- Dlaczego? Dlaczego mnie zostawiłaś mamo ?! Dlaczego akurat teraz? Wiesz, jak jest mi tu cholernie źle bez Ciebie?! Jestem 18-latką ! Nie jestem gotowa na życie bez matki.
A Ty co ?! Kto będzie mi zabraniał spotykać się z chłopakami ? Kto będzie poprawiał mi szalik? Kto będzie ze mną robił zdjęcia, tato ?! Nie tak miało być ! - z każdym słowem zaczęłam płakać coraz bardziej. Siedziałam na ławeczce tępo wlepiając się w zdjęcie moich rodziców przyklejonych do nagrobka – wiecie, że mam pracę ? Ciocia Laura jest bardzo kochana, dba o mnie, wiesz mamusiu. A Wujek gra ze mną w PS, tato. Muszę już iść bo spóźnię się na pociąg, a dziś mam rozmowę o pracę. Trzymajcie kciuki. Kocham Was. - ocierając ostatnie słone krople z moich oczu, kładę dwie róże i odchodzę. Nigdy się nie odwracam, choć bardzo chcę ale wiem, że będzie ciężej mi odejść. Więc się nie odwracam.




rozdział nieciekawy moim zdaniem, ale może ktoś to doceni ; )
jutro napiszę kolejny, postaram się wstawić go w niedzielę
#HappyBirthdayNiallFromPoland
kiss . x
- K.

środa, 11 września 2013

chapter 2.

                                                                            

Najpiękniejsze relacje w naszym życiu to te, których nikt się nie spodziewał. Te, które wzbudzają takie zdumienie, że masz ochotę powiedzieć o nich światu. Przecież podświadomie czujesz, że takie uczucia trzeba wykrzyczeć. Najpiękniejsze relacje to te, o których sam myślisz: "Cholera, kto by pomyślał?".
       Samolotowe siedzenia są spoko. Wygodne, przyjemne w dotyku i nie piszczą jak próbujesz ruszyć nogą. Patrzę na swoją kartę pokładową i wyczytuję z niej numerek "65". Proszę, żeby to było przy oknie. 3 długie rzędy, w każdym po 3 miejsca. 72, 71,70 .. mozolnie mijam numerki przechodząc między już zajętymi miejscami. Vanessa szła gdzieś kawałek za mnąm ale nie zwaracałam na nią uwagi bo zna się na cyferkach i umie czytać. Chciałam jak najszybciej zająć swoje miejsce, wciągnąć kaptur, włożyć słuchawki do uszu i zasnąć. Byłam zmęczona. W końcu dostrzegłam swoje miejsce jak też to, że było już zajęte. Siedziała na nim staruszka, która już ledwo oddychała. A obok niej jakiś facet, który wyraźnie siedział na swoim miejscu bo zgromił mnie takim spojrzeniem, że od razu zapomniałam o jakimkolwiek uprzejmym pytaniu.
- przepraszam, wszystko w porządku ?
- Tak, kochanie. Zajęłam Ci miejsce prawda ? - pokiwałam lekko głową. Nie mogłam jej stamtąd wyrzucić. Nie miałabym serca. - czy mogłabyś usiąść na moje ? Jest przy oknie. A ja boję się przy oknie. Lecę pierwszy raz do córki, z wnuczkiem. Ale on zajął mi miejsce przy oknie, a ja się boję przy oknie. - złapała mnie za rękę i delikatnie ścisnęła wbijając we mnie swoje tęczówki.
- Dobrze, nie ma najmniejszego problemu. Wszystko rozumiem, ale czy Pani wnuk nie będzie miał nic przeciwko ?

- Ależ skąd moje dziecko, to dobry chłopak. - uśmiechnęła się promiennie a ja odwzajemniłam uśmiech i kierowałam się w stronę siedzenia nr 69. Trochę to dziwne, ale nie mogłam jej odmówić. Wyglądała na przesympatyczną, poza tym kilkadziesiąt lat starszą.
Spotkałam Van.
- A Ty gdzie się wybierasz ?
- Wiesz, będę siedzieć tam bo na moje miejsce usiadła jakaś Pani która boi się latać.

- ale Effie ..
- oj i tak idziesz spać. Do zobaczenia w Londynie. - ucałowałam kuzynkę i ruszyłam dalej. Nareszcie moim oczom ukazał się wymarzony numer. Wrzuciłam bagaż podręczny do schowka nad głową, zdjęłam bluzę i zatopiłam się w wygodnym, beżowym fotelu. 
Myślałam, o różnych sprawach, sprawnie omijając temat rodziców. Niesamowicie cieszyłam się, że wracam już do Londynu. Mimo wcześniejszych wydarzeń, chcę zacząć życie od nowa. Usamodzielnić się, znaleźć pracę, może faceta. Chcę wyprowadzić się już od cioci, żeby w końcu nie czuć, że jestem dla niej problem. By nie widzieć tego jak męczy się, żeby było mi dobrze, by nie wiedzieć o tym, że sama nie śpi żeby przyjść i sprawdzić czy ja mam spokojny sen.
Zamknęłam oczy, wsłuchując się w melodię puszczaną ze słuchawek i już miałam zasypiać kiedy poczułam gwałtowne i silne szarpanie za bark.
- Co jest ? - rzuciłam ze zdenerwowaniem.
- Uum, Panienko .. to jest zajęte miejsce.. - przecierając oczy dostrzegłam ogromnego mężczyznę. Miał ze dwa metry wzrostu i ważył co najmniej 100 kg.
- Tak, wiem. Ale zamieniłam się z tamtą panią – odpowiedziałam wskazując palcem miejsce zajęte przez staruszkę
- ale jak to zamieniłam się ? - zdziwienie w głosie wielkoluda wzrastało z każdym wypowiadanym słowem.

- David ! Już wszystko załatwione – nagle dźwięk znajomego, zachrypniętego głosu dobiegł do moich uszu. - usiądź sobie, ja to wyjaśnię. - dokończył.
chłopak, który momentalnie znalazł się obok nas, poklepał mężczyznę Davida po ramieniu na co ten spojrzał na niego krzywo, lekko otwierając oczy. Pokiwał głową, ciężko westchnął i odszedł. Wysoki, dobrze zbudowany i opalony zielonooki Harry przycupnął szybko na miejscu obok mnie i szeroko się uśmiechając
- tęskniłaś, prawda ? - powiedział.
Spiorunowałam go wzrokiem i wymachując rękoma wstałam by opuścić to miejsce
- oo nie nie , nie . Tylko nie Ty. Nigdy! O nie ! - nie krzyczałam, choć mój głos stał się bardziej agresywny.
- Tu chodzi przecież o moją babcię – nie uśmiechał się. Złapał moją rękę i kciukiem lekko przejechał po jej wierzchu- siadaj.
- Proszę usiąść i zapiąć pasy, za chwileczkę będziemy startować. - jak na złość pojawiła mi się ta marionetka w niebieskim mundurku z wymuszonym i wypracowanym uśmiechem na twarzy.
- Ale ja chciałabym ..
- z toalety skorzysta Pani później, proszę usiąść. Dziękuję. - uśmiechnęła się jeszcze sztucznej a jej głos był wypełnionym taką słodkością, że aż zebrało mi się na nudności. Prychnęłam pod nosem i rzuciłam się na fotel, krzyżując ręce na klatce piersiowej.
- Mówią, że pierwsze spotkanie to przypadek, drugie to przeznaczenie – spojrzał rozbawiony w moją stronę, opierając głowę o zagłówek siedzenia. Uśmiechnęłam się kpiąco.
- Jeśli nie chcesz spotkać się z przeznaczeniem od mojej wrednej strony, to się zamknij.
- Uhuhhu... ktoś tu jest nie w humorze.
- Uhuhuhhu .. ktoś tu jest zbyt pewny siebie.

- Daj spokój, będziemy siedzieli ze sobą ponad dwie godziny. Możemy przecież porozmawiać.
W sumie moglibyśmy. Pomijając fakt, że jego arogancka gadka i kpiący uśmieszek strasznie mnie irytował, coś mi się w nim podobało. Taki urok połączony z brutalnością.
- To jak masz na imię, fajtłapko ?
- Eiffel .. - powiedziałam przytłumionym głosem. Nienawidziłam swojego oficjalnego imienia. Rodzice poznali się w Paryżu, pod wieżą Eifflą. Tam, przysięgli sobie, że ich córka będzie miała tak na imię. I oto jestem.
Jego gardłowy śmiech zabrzmiał tak jakby właśnie zakrztusił się powietrzem.
- Serio? Masz na imię jak wieża ?! - spojrzał z niedowierzaniem. Miałam ochotę mu przywalić i nawet dołki w policzkach, które były teraz wyjątkowo głębokie nie zminimalizowały mojego pragnienia. Zmrużyłam lekko oczy.
- mów mi Effie.
- Naprawdę, Eiffel. Już słyszę żarty w stronę Twoich rodziców.. " witam Pana, czy Pana córka Wieża Eiffla mogłaby pouczyć mnie dziś geografii, bo nie mam pojęcia gdzie leży Francja. Czy zrobiłaby Pani na obiad żabie udka ? We Francji to przyssss.. - śmiał się, przedrzeźniając i wymyślając najgłupsze na świecie porównania.

- Moi rodzice nie żyją.
Zamilkł. Odchylił się do tyłu, nie zdając sobie sprawy jak śmiesznie w tym momencie wygląda z otwartymi lekko ustami wpatrując się tępo w miejsce gdzie siedziałam. Jej rodzice nie żyją. Przejechał dłonią po twarzy i lekko przymknął powieki.
- Zaskoczony ? Wiem. To wszystkich zaskakuje – powiedziałam pewnie, tak jak on wtedy w sytuacji z tą wargą.
- Nie wiedziałem.
- Skąd mogłeś wiedzieć, nie mam tego napisane na czole. Jest ok. - uśmiechnęłam się w jego stronę.

- Nie możesz zmienić przyszłości, nawet jeśli jest straszna, ale możesz wpłynąć na przyszłość, fajtłapko. - odparł pewnie. będąc dumny ze swoich słów, dumny z delikatnego uśmiechu, który udało mu się wywołać na mojej twarzy, podnosząc brew do góry oparł się wygodnie o siedzenia.
       Gadaliśmy o wszystkim i o niczym. Dowiedziałam się, że ma 4 najlepszych kumpli, że spotyka się z Taylor, że wraca od mamy, że David to jego ochroniarz, że uwielbia śpiewać i usilnie przekonując, że może mi to właśnie udowodnić jeśli tylko będę chciała. No tak, Harry Styles śpiewający na środku samolotu, dziewczynie ubranej w zwykłą szarą bluzę, poszarpane jeansy, zniszczone trampki i to jeszcze z jakimś dziwnie małym nosem. Tym bardziej, że kilka siedzeń przed nami siedziała jedna z największych fanek owego nastolatka więc mogłaby wyniknąć niezła drama. Cóż, kabaret za darmo.

*zbliżamy się do lądowania, proszę zapiąć pasy. Dziękuję za cierpliwość i wybranie naszych linii lotniczych. Pozdrawiamy, załoga British Airways*

       Znajomy głos stewardessy przypomniał o tym, że powinniśmy ogarniać się do opuszczania samolotu.
- za porady psychologiczne należy się 50 funtów. Kiedy się widzimy ? - Harry wstał już z siedzenia, bo dowiedziałam się też, że prosto z samolotu jedzie na wywiad* i czeka już na niego samochód. A samolot wybrał taki, bo na prywatny nie było czasu. Takie jest nasze sławne dziecko zabiegane, że aż musi publicznymi samolotami latać, coś strasznego.
- A trzecie spotkanie to wieczność, tak mówią. – kiedy stałam już na nogach wypowiedziałam te słowa prosto w jego twarz bo staliśmy naprawdę blisko siebie. Mogłam dostrzec każdy odcień zieleni jego oczu. A ten błysk przyprawiał mnie o ciarki – trzymaj się Harry. - uśmiechnęłam się i zgarniając swój bagaż, udałam się w stonę – jak przypuszczałam - Vanessy.
- Van, wstawaj. Jesteśmy. - kuzynka głośno i mozolnie ziewnęła, podnosząc się z miejsca. Staruszka siedząca obok, nie odzywała się dopóki nie stałyśmy do niej tyłem, kierując się do wyjścia.
- Dziękuję dziecinko.
- Dlaczego Pani prosiła mnie o zamianę miejsc ? - puściła mi oczko, a ja dokładnie wiedziałam o co chodzi.
- Bo dostałam 50 funtów po to żebym bała się przy oknie.   





* - wiem, że najpierw była akcja z babcią, teraz wyskoczył nagle wywiad ale w kolejnych rozdziałach dowiecie się czemu. :*
JEST ! namęczyłam się, nie powiem że nie. ale jest długi. i podoba mi się.
mam tylko jedną prośbę CZYTASZ = KOMENTUJESZ ( :
naprawdę to mnie tak motywuje do pracy, że głowa mała.
kiss. x
- K.

wtorek, 10 września 2013

chapter 1.

         Pewnie - masz prawo płakać. Płacz do woli, krzycz, rozmazuj tusz - ale nocą, przy zasłoniętych roletach i zgaszonym świetle. By nikt nie widział, by nikt tego nie odkrył. Możesz być słaba, ale sama przy sobie lub przy najbliższych - nie możesz pokazać innym, że można Cię złamać. Nie możesz dać im tej satysfakcji, że od czasu do czasu przegrywasz. rano wstań, nałóż makijaż i czerwoną szminkę na usta i idź - z uśmiechem, najbardziej sztucznym, ale mimo to - uśmiechem, w każdej sytuacji. Nie pokazuj ludziom swojej słabości, nie daj im poczuć, że można Cię złamać - bo później będą robić to na każdym kroku, pamiętaj.
Patrzę na zegarek 2:26. jeśli już teraz nie zasnęłam, nie ma mowy żeby to nastąpiło. Wiercę się z boku na bok, przykrywając się kołdrą, odkrywając się i tak na zmianę. Słyszę ciche chrapanie wujka Vanessy, Johna. Odkąd przyjechałam tutaj, do Manchesteru z Vanessą, liczyłam dni do powrotu do Londynu. Owszem, babcia Van jest przemiłą i przecudowną osobą ale od samego jej jedzenia przytyłam chyba z 5 kg.
Miałam dość 'nadskakiwania'. Wiem, że chcieli dobrze żebym nie czuła się samotna ale ja i tak się czuję. Straciłam rodziców. Pijany kierowca odebrał mi ich już na resztę życia. Nie zobaczą swoich wnucząt, mama mnie nie pobłogosławi a tata nie zaprowadzi do ołtarza.
Czuję jak po moich policzkach spływa pojedyncza mała kropelka. Nie chcę tak żyć, już nic nie ma sensu.


- Effie, wstawaj. Zaraz jedziemy na lotnisko – słyszę delikatny głos Van, która szarpie lekko za moje ramię.
- Tak, tak. Już. Która godzina? - przecieram oczy i mozolnie podnoszę się z łóżka, siadając na nim.
- 4:00. ogarnij się i zejdź na śniadanie. - kuzynka wychodząc z pokoju rzuciła mi promienny uśmiech. Kochałam ją. Tak naprawdę tylko ona mi została. Trwała przy mnie, śmiała się ze mną i wycierała mi łzy, kiedy nieopanowanie leciały. Różniłyśmy się. Ona wolała imprezować, ja wolałam rysować. Ona pozowała, to ja robiłam zdjęcia. Nie, nie. Nie to, że jestem kujonką, jakąś cnotką i zakonnicą. Też lubiłam się zabawić, poszaleć ale po wypadku wszystko się zmieniło. Odwróciłam się od przyjaciół, przestałam się kontaktować ze światem. Straciłam kontakt z własną sobą.


       Na lotnisku było tłoczno, jak to na lotnisku. Ludzie spieszący się każdy w swoim kierunku. Jeden tu, drugi tam. Jakieś płaczące dziecko, jakieś żegnające się pary, jakaś babka krzyczy przez telefon. Czarni, żółci, biali – najróżniejsi. Przeszłyśmy już dwie odprawy, a do odlotu zostało nam jeszcze ponad pół godziny.
Wyciągnęłam swój telefon, chciałam sprawdzić TT, facebook'a .. no tak, pousuwałam konta. Nie chciałam mieć kontaktu z ludźmi. Jedyne do czego komórka była mi potrzebna to do dzwonienia, słuchania muzyki, czytania książek kupionych w internecie albo do ewentualnego grzebania w portalach plotkarskich. Co mnie obchodziła Miley Cyrus i jej nowy tatuaż, albo ten, no Bieber i Gomez.. albo Harry Styles i jego nowa zdobycz. Kobieciarz, nie lubię go choć Vanessa cały czas katuje mnie opowieściami o One Direction. Nie to, że jest jakąś ostro sfiksowaną fanką, po prostu lubi ich muzykę i twarze, bo cholera są przystojni, muszę przyznać.
Przetarłam twarz dłoniami i poprawiłam włosy. Spojrzałam na zegarek, za 20 minut powinnam być już w samolocie. Pójdę do łazienki bo nie lubię sikać w samolotowych. Jakoś dziwnie i nieprzyjemnie..
- idę do łazienki. - rzuciłam w kierunku Van, która zacięcie tweetowała. Kiwnęła tylko na znak, że rozumie. Szłam szerokim, szarym korytarzem w poszukiwaniu toalety. Gdy w końcu znalazłam dwie pary drzwi odechciało mi się wszystkiego. Jedne z kółkiem, drugie z trójkątem. I co teraz? Które jest które ? Zawsze miałam z tym problem i usilnie próbowałam zapamiętać wzory, trójkąt dla kobiet bo przypomina kobietę albo może kółko dla kobiet bo przypomina pierś? Dobra, trudno. Złapałam za klamkę z trójkątem.

       Kręci mi się w głowie, przed oczami pojawiły mi się ciemne plamki, kolana się pode mną ugięły więc siedzę teraz na zimnej podłodze. Otworzyłam zaciśnięte mocno oczy, łapię się za czoło a z moich ust wydobywa się syknięcie oznaczające ból.
Przede mną stoi jakiś facet, ma obdarte, zniszczone buty, które z obcisłymi rurkami tworzą obrzydliwy obraz.
- co się mówi ? - głos mężczyzny przepełniony był pychą, dumą i złością.
- Słucham ? 
- nie, nie. to raczej słowo na P.
- Chyba coś się Panu ... - podniosłam głowę lekko ku górze aby sprawdzić, kto chciał zabić mnie toaletowymi drzwiami. Zaniemówiłam. - Tobie pomyliło ?
- powinnaś mnie przeprosić.
- Ja?! - gwałtownie podniosłam się na nogi. Spojrzałam mu prosto w oczy – posłuchaj mnie kolego, to Ty uderzyłeś mnie drzwiami. I to Ty powinieneś mnie przeprosić. - wykierowałam do niego wskazującym palcem by podkreślić powagę moich słów. Zaśmiał się perfidnie prosto w moją twarz.
- Czy Ty wiesz kim ja jestem ? 
- Niestety – zmierzyłam go wzrokiem od góry do dołu – wiem. I w takich chwilach cieszę się, że nie jestem Twoją fanką.- zaskoczyłam go bo jego oczy powiększyły się nagle a usta utworzyły małą literkę o.

Harry Styles był nieziemsko przystojny. Pierwsze co zauważyłam, to niemożliwie piękne, zielone oczy i cudne dołeczki w policzkach. Tęczówki chłopaka uzależniały. Nie mogłam odwrócić wzroku od jego wesołego spojrzenia, od tych kręconych włosów ułożonych w istny nieład. Wydatna szczęka nadaje mu męskości a dołeczki chłopięcego uroku. Już wiem dlaczego miliony dziewczyn szaleją za nim aż do łez
- Dam Ci autograf i od razu będziesz milsza. jestem Harry, Harry Styles. - wyciągnął rękę w moją stronę. Popatrzyłam na niego z kpiącym uśmiechem. Wyciągnęłam dłoń w stronę jego dłoni i gdy ten chciał już ją złapać, poprawiłam swoje włosy. Zmrużył oczy. myślał, może, że się na niego rzucę i będę błagała o zdjęcie ? nigdy w życiu. 
- a ja, na szczęście spieszę się na samolot. Powodzenia.. - odwróciłam się na pięcie wywracając oczami. Poczułam dotyk na nadgarstku i szarpnięcie do tyłu.
- zobaczymy się jeszcze ?
- oby nie. - wyrwałam się i z impetem ruszyłam do wyjścia. Uśmiechnęłam się lekko sama do siebie, mój żołądek wywinął mi parę fikołków a ja nieświadomie przygryzłam wargę.
- nie przygryzaj wargi – krzyknął, na co odpowiedziałam mu głośnym prychnięciem. - wiem, że to zrobiłaś. Wszystkie tak robicie na mój widok.
Idiota. Palant. Debil. Cham. Idiota. Fajny.





Zabijcie mnie! 1 rozdział i taki zjeba*y -.-
nie jest mega długi, ale chciałam choć troszkę wprowadzić Was w to opowiadanie. kolejne będą dłuższe i lepsze. obiecuję ! x
-K. 

niedziela, 8 września 2013

PROLOG

       Wiesz co to marzenia? Jestem pewna, że wiesz. Ja też wiem, oj doskonale wiem. o czym marzę? O czułości, bliskości. Jeden dotyk, spojrzenie. Tak wiele by znaczyło. Chcę się tylko oderwać od codzienności, od świata, w którym żyję. Nie wiem czy zrozumiesz, nie wiem czy kiedyś się dowiesz. Czy kiedykolwiek pojmiesz każdą moją łzę wylaną przez życie. Nie oczekuję tego od Ciebie. Tak bez słów... Bez zbędnych pytań. Przyjdź i przytul. Tak, bym zapomniała jak jest.
Marzę By moje marzenie się spełniło.

       Po śmierci rodziców zaopiekowała się mną moja ciocia, Laura. Tak, miałam 18 lat, tak rodzice zabezpieczyli mnie na przyszłość. Ja jednak sprzedałam nasz dom w Slough by móc wyprowadzić się do Londynu i po prostu nie być sama.
Moi rodzice, Jamie i Steven zginęli w wypadku samochodowym, jakieś 3 miesiące temu. Czy się z tym pogodziłam ? Nigdy się z tym nie pogodzę, nigdy tego nie zaakceptuję. W momencie śmierci bliskiego człowieka uderza świadomość, że niczym nie dasz rady zapełnić tej pustki. Nie czuję już nic, ale mimo wszystko stałam się silniejsza. Powinnam się stoczyć, zacząć chlać i ćpać.
Ludzie boją się różnych rzeczy, ja boję się samotności, igieł i burzy.
Łzy kapią na beżową sukienkę mojej mamy, którą składam w kosteczkę. Miała ją na sobie na wigilii zeszłego roku. Wrzucam ją do przygotowanego wcześniej kartonu z napisem 'oddać potrzebującym'. Nie trafiam. Ląduje obok krwawo czerwonej koszuli taty. W czerwonym było mu niesamowicie do twarzy, oboje lubiliśmy ten kolor. Teraz moją sylwetkę zdobi tylko czarny. Nie wytrzymuję, zaczynam płakać w głos przytulając ubrania rodziców do siebie. Chcę zapamiętać ten zapach, chcę go czuć zawsze przy sobie.


       Nigdy nie przypuszczałem  że moje życie będzie wyglądało w ten sposób. Wyobrażałem sobie niekończące się szczęście, milion fanów wykrzykujące moje imię z radością. Koncerty, wywiady, mnóstwo pieniędzy i ludzi robiących wszystko za mnie. Tak było. Miałem wszystko na co miałem ochotę. Mogłem mieć inną każdej nocy, mogłem wyrzucać pieniądze w błoto, mogłem robić to co mi się podobało a rozwrzeszczane faneczki i tak mnie kochały. Uwielbiałem takie życie. Nastawiałem się na brak prawdziwej miłości – mogłem sobie kupić udawaną.
Dopóki nie pojawiła się ona. Wywróciła mój świat do góry nogami.
To ona sprawiała, że zapominałem o problemach a pamiętałem o rzeczach ważnych, cieszyłem się z każdej wspólnie spędzonej chwili. Zacząłem czerpać przyjemność z małych rzeczy. Zacząłem żyć.
Jej brązowe oczy doprowadzały mnie do szału. Zdecydowanie byłem fanem niebieskich, ale te, która ona posiadała były magiczne. Wiedziałem, że w tej chwili oddałbym za nie wszystko.
Czułem się dobrze, czułem się sobą. Przy niej byłem sobą. To ona była moją gwiazdą i jeśli to prawda co mówią, że Bóg dzieli ludzką duszę na dwie części po to by przez swoje życie szukali tej drugiej połówki, to ja chyba znalazłem. Kocham ją.